LDD: „My tylko na konsultację!” – pierwszy raz narzekam na zachowanie niektórych lekarzy

UWAGA, NA KOŃCU ARTYKUŁU AKTUALIZACJA PO KILKU KOMENTARZACH KOLEGÓW PO FACHU.

 

Słuchajcie, dzisiaj post głównie dla kolegów i koleżanek po fachu. Ostatnio szerzą się różne „terapie”, które nie mają nic wspólnego z medycyną, tylko polegają na trzepaniu hajsu na zdezorientowanych albo zrozpaczonych ludziach.

Niektórzy to zwolennicy teorii spiskowych i osoby całkowite przekonane o własnej słuszności. Ale jest też wiele osób zagubionych. I myślę, że tacy ludzie sięgają po dziwne, podejrzane, cholernie drogie terapie dlatego, że nie ufają lekarzom. Dlaczego im nie ufają? Pewnie dlatego, że mają jakieś złe doświadczenia z nimi związane.

I tutaj jest nasza rola. Stworzyć prawdziwą, szczerą relację z pacjentem, żeby nam ufał. Nie chodzi o to, żeby mu ciągnie przytakiwać albo udawać, że zawsze wszystko wiemy. Tylko o to, żeby się zaangażować w jego problemy i mu nie ściemniać.

Nie lubię mówić źle o przedstawicielach własnego zawodu i długo się powstrzymywałam, ale po wczorajszym dyżurze nie zdzierżę. Dlatego dzisiaj o tym, jak sami niszczymy zaufanie pacjenta do naszej grupy zawodowej. I to mój pierwszy wpis, gdy krytykuję zachowanie innych lekarzy.

Wyjaśnienie na wstępie:

Mam dyżur na ODDZIALE PEDIATRII. Nie na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, Nocnej i Świątecznej Opiece czy w POZ. Podkreślam to dlatego, że na oddziale szpitalnym (poza SOR) robi się badania i leczy pacjentów LEŻĄCYCH NA ODDZIALE. Te pozostałe miejsca, które wymieniłam, mają możliwość zrobienia badań i odesłania pacjentów do domu. Oddział wewnątrzszpitalny nie.

(Niektóre szpitale się rządzą innymi prawami. Bo mimo teoretycznych założeń każde miejsce w pewnym stopniu samo organizuje swoją pracę).

Pracuję też w POZ. Żeby mi zaraz ktoś nie zarzucił, że nic nie rozumiem, że wiecznie są spięcia między lekarzami ze szpitali i z przychodni. Bzdura. Pracuję w POZ i znam doskonale OGRANICZENIA oraz MOŻLIWOŚCI lekarza w przychodni. Dzisiaj nie będzie o tym, tylko o okłamywaniu pacjenta i uciekaniu od odpowiedzialności.

 

Sytuacja 1.

Przychodzi dziecko ze skierowaniem na oddział.

– Dzień dobry, nasza pediatra nas tu przysłała, ale NIE DO PRZYJĘCIA, tylko do zrobienia badań.

– Ale widzi pani, to jest skierowanie na hospitalizację na oddziale.

– No tak, ale to nie o to chodzi, pani doktor powiedziała, że nie będzie trzeba się kłaść na oddział, tylko pani nas zbada i zrobi badania, i pójdziemy do domu.

– Żeby zlecić badania, muszę przyjąć dziecko na oddział. Nie mam możliwości wykonania badań dziecku, którego nie przyjmuję. Takie możliwości ma POZ.

– Ale dlaczego pani nam nie chce zrobić badań?

– Najpierw się zbadamy, a jeśli przyjmiemy się na oddział, to wtedy dopiero mogę zlecić badania.

– Ale my się nie przyjmujemy! Nie przyszliśmy do szpitala, tylko na badania! Ja się nie zgadzam na pobyt w szpitalu!

– Ale widzi pani, dziecko to noworodek, ma objawy XYZ i słusznie, że zostało skierowane na oddział. Trzeba zrobić badania i poobserwować je w warunkach szpitalnych, bo u tak małych dzieci przebieg choroby może być szybki i poważny.

– No właśnie ja chcę badania, ale się nie zgadzam na przyjęcie na oddział! W domu zostało drugie dziecko, nie zorganizowałam opieki ani nic. Nawet się nie spakowałam, nic z domu nie zabrałam, bo pani doktor powiedziała, że to tylko na konsultację i badania!

Ostatecznie mama nie wyraziła zgody na hospitalizację. Na koniec powtórzyłam z 10 razy, na co ma zwracać uwagę i żeby od razu wracała, gdy cokolwiek się złego będzie działo. Ale akurat to jedno z 4 przypadków bym naprawdę wolała, żeby zostało na oddziale.

Może zaraz ktoś powie:

– Pewnie mama się pomyliła!

Pacjenci często coś przekręcą, zwykle nie ze złej woli, tylko niezrozumienia w nerwach słów lekarza. Ale nie tuaj, bo te historie zdarzają się zawsze od tych samych lekarzy. Sama tak na początku tak myślałam, ale teraz w to nie wierzę, że zawsze pacjenci od dokładnie tych samych lekarzy coś pokręcą, a od innych jakoś zawsze wiedzą, o co chodzi.

– Pewnie lekarz nie wiedział, pomylił się.

Każdemu się zdarzy, że czasem nie zna organizacji danego miejsca. Bo przecież są szpitale z SORami dziecięcymi, gdzie można zrobić badania i odesłać!

Ale to lekarze z naszej okolicy, specjaliści, którzy pracują od lat i doskonale wiedzą, jak to działa.

 

Sytuacja 2.

– Dzień dobry, my na konsultację. – I mama podaje skierowanie na oddział.

– Widzi pani, to jest skierowanie do przyjęcia na oddział. Tutaj nie udzielamy konsultacji, to jest izba przyjęć oddziału.

– Nie, my nie do przyjęcia! Tak pani doktor napisała? Nie, niemożliwe, powiedziała, że to tylko na konsultację, że pani zbada i zdecyduje, co dziecku jest i nam napisze leki do domu.

A mnie już szlag trafia. Więc tłumaczę znowu, że to jest jak byk skierowanie do przyjęcia na oddział, że oczywiście się zbadamy, przyjmiemy i zrobimy badania. I ta sama śpiewka: matka na mnie oburzona, że dlaczego nie chcę dziecka skonsultować, że przecież doktor rodzinna wyraźnie powiedziała, że ma tu być konsultacja i ja mam zdecydować, co dziecku jest i jak leczyć. Więc mnie szlag trafia po raz drugi, że mam jeszcze dziecku leczenie wymyślać (którego nawet nie mogę przepisać, bo niby z jakiej paki, skoro jestem lekarzem dyżurnym na oddziale, a dziecko nie jest moim pacjentem?).

Sytuacja 3.

– Dzień dobry, my na konsultację.

Chyba się domyślacie, że jak to usłyszałam to….

– To znaczy do przyjęcia na oddział?

– Nie, bo pani doktor powiedziała, że pani tylko zbada i nas odeśle do domu.

– A gdzie skierowanie?

– No pani doktor nie napisała, bo powiedziała, że nie wiadomo, czy będzie trzeba.

– A jakiś opis wizyty?

Patrzę do książeczki zdrowia, wizyta z dzisiaj i zalecenia: „HOSPITALIZACJA DZIECKA”. Bez skierowania. Myślę, że pani doktor nie sądziła, że do książeczki zajrzę. Ona jest „czysta”, bo w książeczkę wpisała, że wysłała do szpitala. A że skierowani fizycznie nie wydała, to już mniejsza o to… I oczywiście ta sama śpiewka. Matka, że absolutnie, jaka hospitalizacja, że nawet mleka z domu nie wzięła! Że miała być tylko konsultacja i odesłanie do domu z lekami!

4 razy.

W sumie były 4 sytuacje przez jedno popołudnie. Od czterech różnych lekarzy. Tych, co zwykle. Pozostali jak kierują, to kierują. To znaczy dają skierowanie i mówią wprost: „Wysyłam was do szpitala.” (Ewentualnie dodają coś w stylu: Lekarz na oddziale podejmie ostateczną decyzję, czy dziecko będzie przyjęte, ale moim zdaniem powinno, dlatego piszę skierowanie na oddział). Czy to takie trudne? Powiedzieć, że wysyłam, skoro wysyłam? Do kroćset, jak ktoś coś robi, to niech to weźmie na klatę, a nie lawiruje i ściemnia.

Czasem lekarze dzwonią i mówią, że kierują, ale nie są pewni, bo cośtam i proszą, żeby na dziecko zerknąć. I jasne, to jest zrozumiałe. No bo się zdarzają sytuacje, że lekarz z POZ widzi jakiś objaw pierwszy raz, a na przykład my na oddziale widzieliśmy w ostatnim czasie kilkoro takich dzieci, przysłanych z różnych miejsc i wiemy, o co chodzi (że na przykład to choroba niewymagająca hospitalizacji). Ale to są sytuacje jasne i bardzo szanuję takich lekarzy. I tacy rodzice też wiedzą, o co chodzi.

Rozumiecie, to jest taka sytuacja, jak gdyby ktoś przyszedł na jakikolwiek wewnętrzny oddział na planowe przyjęcie, na reumatologię, kardiologię, neurologię, jakikolwiek i powiedział w drzwiach: „Tak, mam skierowanie, ale ja nie chcę się kłaść na oddział. Zróbcie mi w tym momencie wszystkie badania, nie przyjmując mnie, a ja sobie za chwilę wrócę do domu.” Chyba rozumiecie, że szpitalne oddziały nie działają w ten sposób?

Zresztą gdy pracowałam przed rozpoczęciem specjalizacji na SORze dla dorosłych, równie często zdarzali się pacjenci, którzy byli kierowani na oddział ze słowami: „Tylko zrobią badania na SOR, na pewno nic tam nie wyjdzie i odeślą do domu.” A jak coś złego wychodziło, to był problem, bo pacjent po takich słowach mentalnie wcale nie brał od uwagę możliwości położenia w szpitalu.

Nie lubię pozostawiać takich spraw niedomówionych, bo jednak czasem się łudzę, że faktycznie nie wiedzieli albo rodzin jednak coś przekręcił. Więc do tych lekarzy z wczoraj, gdzie była pieczątka z telefonem przychodni, próbowałam zadzwonić. Ale przychodnie nie odbierały telefonów.

Rano przy zdawaniu dyżuru wylewam swoje żale. A starsze koleżanki: „Róża, to cię dziwi? Przecież to się ciągle zdarza”.

Tak, ciągle mnie takie rzeczy dziwią ;(

Dlaczego się tak oburzam?

W końcu nie ma tu fajerwerków, nikt nikogo nie zabił, nie nadaje się ta historia do telewizji.

Po pierwsze, BO TO ZWYCZAJNE KŁAMSTWO. Jestem pewna, że akurat z tych lekarzy każdy wie, jakie są zasady w naszym szpitalu. Każdy z tych lekarzy wie, że dziecko nie będzie miało zrobionych badań + odesłanie do domu. Albo odmowa przyjęcia i dom albo hospitalizacja i badania.

Po drugie, bo wiem, po co to robią. Nie dlatego, że się pomylili, tylko żeby przerzucić odpowiedzialność na lekarza z oddziału. Bo wtedy moja pieczątka będzie pod odmową przyjęcia, a oni mają ręce czyste. W dokumentacji wpiszą, że do szpitala wysłali, a że słownie nagadali bzdur to już nigdzie nie zostanie.

Tylko co z dzieckiem? Tym dzieckiem, które jakoś zaniepokoiło lekarza, a wróci do domu ostatecznie bez żadnych badań?

Po trzecie, bo w ten sposób, gdy rodzic zostaje postawiony w sytuacji, gdzie dwóch lekarzy w ciągu godziny sobie nawzajem zaprzecza, totalnie traci zaufanie do naszej grupy zawodowej. No bo, cholera, przejechał 20 kilometrów na obiecane badania, których lekarz z oddziału mu nie zrobi. I wraca z chorym dzieckiem do domu dalej nie wiedząc za bardzo, co robić. (Wiecie, ja badam te dzieci i zapisuję im na kartce zalecenia, ale badań laboratoryjnych nie zlecę).

Nienawidzę takich sytuacji. Bo mnóstwo lekarzy stara się każdego dnia, żeby nawiązać wartościową relację z pacjentem, gdy inni mają to w nosie. Tutaj nie da się subtelnie ściemniać i nie zaprzeczyć innemu lekarzowi wprost, bo obiecał coś, czego fizycznie zrobić nie mogę. Nie róbmy sobie tak. Na pewno nie poprawia to wizerunku lekarza w oczach pacjentów. Z boku wygląda to tylko na spychologię i olanie potrzeb chorego dziecka.

Jak rodzice dzieci mają nam ufać po takich akcjach?

A ja potem się zastanawiam, co się dzieje z noworodkiem z objawami XYZ i czy nie zjawi się u mnie z powrotem za kilka godzin, tylko w gorszym stanie.

 

AKTUALIZACJA.

Dostałam kilka komentarzy od lekarzy, że np. ich Izba Przyjęć robi badania, więc to co piszę to nie do końca prawda. Wiecie, co myślę, odbierając taką wiadomość? „Czy ktoś w ogóle rozumie, w czym rzecz? Czy tylko tyle wyniosłeś z mojego wpisu?” Bo nie chodzi w tym wpisie o to, kto ma jakie uprawnienia. Jasne, że w niektórych szpitalach izba robi badania, tak jak niektóre Nocne Opieki nie robią żadnych badań, a nasza robi wszystkie, jakie potrzeba. Wiadomo, że mimo teorii każdy szpital w Polsce rządzi się trochę swoimi prawami. Ale mi nie chodzi o to, czy ktoś ma do czegoś uprawnienia, tylko o ŚWIADOME WPROWADZANIE PACJENTA W BŁĄD DLA SWOJEJ WYGODY.  I jeśli chodzi o świadome wciskanie kitu, nie ma znaczenia, czy zrobimy to na izbie która robi badania, czy w NPL, który badań nie robi. Po prostu nie oszukujmy pacjentów i już.

Na pewno nie przyznam, że świadome wprowadzanie w błąd jest okej. Jeśli chcemy szacunku i zaufania ze strony pacjentów, nie możemy robić takich rzeczy. Koniec i bomba. Myślę, że dobrze od czasu do czasu pobyć po tej drugiej stronie i wtedy każdy na własnej skórze się może przekonać, jakie miłe jest odsyłanie z miejsca na miejsce, żeby usłyszeć, że to jednak nie tu :(. Zdarza się i będzie się zdarzać, bo nasz system jest zamotany i łatwo o pomyłki. Nie dokładajmy sytuacji, które pomyłkami nie są…




JEŚLI UWAŻASZ, ŻE TAKIE INFORMACJE SĄ PRZYDATNE, POWIEDZ PROSZĘ O LEKARZDLADZIECI.PL SWOIM ZNAJOMYM! 🙂

Zapraszam Cię w inne moje miejsca:

YOUTUBE

Tutaj znajdziecie wszystkie moje FILMY.

 

FACEBOOK

Tutaj znajdziesz krótkie informacje medyczne i życiowe rozważania

 

 

INSTAGRAM 

Tutaj trochę medycyny, ale więcej mnie. Głównie różne żarty (Ale czy śmieszne?).

Email: rhajkus@gmail.com

Jedna myśl na temat “LDD: „My tylko na konsultację!” – pierwszy raz narzekam na zachowanie niektórych lekarzy

  1. Bardzo fajnie napisałaśJa uważam że lekaż rodzinny do którego najpierw sie zgłaszamy odgrywa ważną rolę.Dlatego jak jesteśmy ignorowani bądź nie dostajemy konkretnych zalecen tracimy zaufanie.Ja sama zmienialam lekarza juz 3 razy no i niestety nie trafilam tak jak bym chciała dla dobra swoich dzieci.A przeciez nie o to chodzi zeby ciagle zmieniać lekarza.Lekarz wg.mnie ma być konkretny i rzeczowy ale nie arogancki i mrukMam wrażenie że u lekarzy rodzinnych zwłaszczza w tych malutkich miejscowościach czas sie zatrzymał i nie idą na przód z postępem medycyny.Dla nich wszystko to przeziebienie i wirus a potem okazuje sie ze dziecko ma jakiegos paskudnego guza. Także Różo życzę dużo cierpliwości i oby zawsze towarzyszyło Ci takie podejście do pacjenta jak opisujesz na IG.Wszystkiego dobrego i nie przesfawaj o tym mówić bo może choć jednego „zagubionego”lekarza przywrócisz do „normalności”.

Dodaj komentarz